Zosia chce rozwinąć flagę Myślenic na Rysach

Zosia chce rozwinąć flagę Myślenic na Rysach
Zosia na Giewoncie

Zosia Zając z Myślenic uwielbia chodzić po górach, ale górskie szczyty to nie jedyne szczyty, jakie zdobywa. Ta 8-latka urodzona z zespołem Downa codziennie udowadnia, że wyzwań się na boi i w swoim tempie, pokonując ograniczenia uczy się coraz to nowych rzeczy, od chodzenia i mówienia przez wiązanie sznurowadeł, po pisanie i liczenie. Właśnie mija pół roku od kiedy zdobyła Giewont. Na zdjęciu z września 2025 roku widać ją uśmiechniętą z flagą Myślenic w ręce, a w tle za nią słynny krzyż. W tym roku, jeśli nic nie stanie na przeszkodzie Zosia ma zamiar stanąć na Rysach. Również z flagą Myślenic.

Tym samym historia zatoczy koło, bo flaga ta była już raz na Rysach, ale wtedy rozwinął ją tam tata Zosi - Piotr. Również za jego sprawą ta sama flaga powiewała na Gerlachu i wielu innych górskich szczytach, ale nie tylko na nich, bo też w Kanadzie nad wodospadem Niagara i w Nowym Jorku. Po górach zaczął chodzić jeszcze w latach 80-tych i do dziś pamięta swój pierwszy tysięcznik - Luboń Wielki. To on zaraził pasją do gór najpierw swoją żonę Edytę, a później dzieci, w tym również najmłodszą z pociech - Zosię.

Od kilku lat wędrują razem a swoimi wspomnieniami z tych wypraw dzielą się w sieci na profilu „Zespołowe wędrowanie - Zosia ujarzmia 21 chromosom”.

Zosia urodziła się w 2017 roku i już jako noworodek spędziła w szpitalu dwa miesiące, w trakcie których przeszła dwie operacje serca, a potem, po ukończeniu dwóch lat, kolejną. Potem był jeszcze poważny uraz kręgosłupa, który zakończył się półrocznym korzystaniem z kołnierza ortopedycznego. Po tych przejściach jej rodzice mogliby już tylko chuchać na nią i dmuchać nie pozwalając jej biegać, skakać i dokazywać, jak to mają w zwyczaju małe dzieci. To jednak nie leży ani w ich naturze, ani w naturze Zosi.

Już kiedy miała około pół roku w specjalnym nosidle zdobywała z nimi górskie szczyty. Potem wędrowała już na własnych nogach. W trójkę dotarli m.in. na Lubomir, Trzy Korony, Sokolicę, Gęsią Szyję, Kopieniec, Wysoką, Przełęcz nad Kopą, Turbacz i Giewont. I ciągle mają apetyt na więcej.

Wyjście na Giewont, jak do tej pory, było wyjściem najtrudniejszym co nie znaczy, że ponad siły Zosi. Zawsze biorą pod uwagę możliwości Zosi i przygotowują się kondycyjnie.

To wyjście było poprzedzone m.in. zajęciami na ścince wspinaczkowej. W efekcie Zosia na szlaku radziła sobie doskonale, a widok tak małej dzielnej dziewczynki w kasku i uprzęży budził podziw innych turystów, którzy nie szczędzili jej pochwał, a niektórzy nawet pytali jej rodziców czy mogą sobie zrobić z nią zdjęcie.

- Góry są dla nas odskocznią od codzienności - mówią Piotr i Edyta Zającowie i dodają, że znajdują w nich ciszę i spokój, których brakuje w tygodniu wypełnionym pracą i zajęciami dodatkowymi.

- Zosia kocha góry tak samo jak my. Kiedy w grę wchodzi wyjazd w nie nigdy nie protestuje przeciwko pobudce o 5 czy nawet 4 rano. Nie marudzi, wstaje, bierze plecak, który ma spakowany już wcześniej i o 6 zwykle jesteśmy już w samochodzie. To nie tak, że idzie w góry, bo musi, bo my idziemy. Ona naprawdę to lubi… - mówi Edyta, mama Zosi a przysłuchująca się rozmowie Zosia potwierdza: - Pewnie, że lubię!

- Zosia potrafi się zatrzymać w górach i z powiedzieć „patrz mamo, jak tu jest pięknie” - kontynuuje jej mama.

A tata dodaje, że czas potrzebny na zdobycie szczytu zawsze mnożą przez dwa uwzględniając fakt, że kroki Zosi są mniejsze niż dorosłych. A poza tym w górach nie lubią się spieszyć i chcą mieć czas nacieszyć się sobą i górami.

Poza tym, że te wędrówki sprawiają im tyle radości, widzą w nich znacznie więcej korzyści. Dla Zosi to forma rehabilitacji ruchowej wzmacniającej mięśnie i wydolność, zajęcia sensoryczne i lekcje przyrody w jednym.

Zosia w ubiegłym roku, oprócz tego że zdobyła Giewont, zaczęła też naukę w Szkole Podstawowej nr 3 w Myślenicach, a dokładnie w pierwszej klasie będącej klasą integracyjną.

- Podobnie jak wtedy, kiedy szła do przedszkola, zdecydowaliśmy się zapisać ją do zwykłego, choć małego przedszkola publicznego, tak i teraz zdecydowaliśmy się na zwykłą szkołę. Zawsze wychodzimy z założenia, żeby spróbować czegoś trudniejszego, nie zakładać z góry niepowodzenia. Owszem baliśmy się o to czy sobie poradzi, ale te obawy okazały się niepotrzebne, bo radzi sobie świetnie. Z pójściem do szkoły była o rok odroczona i dobrze, że tak się stało, bo przez ten rok poczyniła duże postępy to zarówno pod względem zachowania się w grupie, jak i edukacji. Na razie wszystko jest w porządku i choć kosztuje to sporo wysiłku, to efekty są tego warte - mówi mama Zosi, Zosia wtrąca, że lubi szkołę, szkolne koleżanki oraz panie Izę, Jolę i Anię.

- Często mówimy Zosi, nie tylko w górach „dasz radę. A jak nie dasz to jestem obok, aby ci pomóc”. Jesteśmy jak jej… szerpowie, ale nie wyręczamy jej we wszystkim, ma swoje obowiązki - dodaje Piotr Zając.

Zosia cały czas korzysta też z pomocy specjalistów, od rehabilitacji, ale nie tylko. Chodzi na basen, do pedagoga oraz neurologopedy. Wszystkim im zawdzięcza lepszy rozwój, a pani neurologopedzie - dr n. hum. Małgorzacie Kuśnierz oprócz tego że ładnie i wyraźnie mówi, także to, że znalazła się na okładce jej książki poświęconej technikom terapeutycznym stosowanym w pracy z dziećmi z zespołem Downa. - Było to dla nas wielkie wyróżnienie i zaszczyt - mówią rodzice Zosi.

Rodzice Zosi pamiętają także o tych, którzy pomagają Zosi przekazując jej 1,5 procenta swojego podatku, dzięki czemu są w stanie finansować te dodatkowe zajęcia wspomagające jej rozwój. Z myślą o nich i dla nich przygotowują co roku swój autorski kalendarz ze zdjęciami z wypraw z Zosią w góry. To taki ich rodzinny rytuał, podobnie jak same wyprawy.

Przed nami 21 marca, Dzień Zespołu Downa nazywany też Dniem Kolorowej Skarpetki, bo takie kolorowe i nie do pary skarpetki zakłada się tego dnia chcąc okazać solidarność z osobami, które urodziły się z dodatkowym chromosomem. Jednym z przesłań tego dnia jest zwiększanie świadomości na temat zespołu Downa, który jest zaburzeniem genetycznym (Trisomia 21. Chromosomu).

- Chodzi o to, aby nie traktować osób z zespołem Downa jak chorych. To obciążenie dodatkowym chromosomem, który wpływa na pewne ich zachowania. Oczywiście te obciążanie są różne, są dzieci i dorośli lepiej i gorzej funkcjonujący, ale najważniejsze jest to, żeby w granicach ich możliwości umożliwić im jak najlepsze i najpełniejsze funkcjonowanie w społeczeństwie. I nie ograniczać ich tylko dlatego, że są niepełnosprawni - mówi Edyta. - Pamiętam z czasów, kiedy byłam dzieckiem, że takie osoby nieraz były chowane w domach, nie chodziły do szkoły. Dlatego cieszy mnie, że w Myślenicach od jakiegoś czasu działa kawiarnia społeczna, w której pracują osoby z niepełnosprawnościami, że społeczeństwo jest coraz bardziej otwarte na osoby z niepełnosprawnościami, a je same coraz częściej widać, że nikt nie wytyka ich palcami, że niepełnoprawność przestała być tematem tabu. Tu muszę dodać, że my z Zosią nigdy nie czuliśmy się dyskryminowani, wręcz przeciwnie. Być może dlatego, że Zosia ma w sobie coś takiego co ludzi przyciąga, lgną do niej a ona do nich. Widzimy do wszędzie, również na szlaku, gdzie turyści zagadują do niej, a ona do nich.

Rodzice Zosi żartują, że imię, które wybrali dla córki aż nazbyt dobrze oddaje jej charakter, energicznej indywidualistki lubiącej być w centrum uwagi. Przy tym wszystkim zespół Downa sprawia, że jest otwarta i ufna wobec wszystkich, nawet obcych osób. To z jednej strony ujmujące, ale w drugiej potencjalnie niebezpieczne. Dlatego też rodzice uczą ją tego, że o ile „dzień dobry” można a nawet należy mówić każdemu, to już przytulanie się do każdego nie jest wskazane. Tak samo jak wpuszczanie każdego do domu. - Bywało niezręcznie, bo nasi sąsiedzi zapraszani spontanicznie przez Zosię do naszego domu, mówili, że to żaden problem, ale my musieliśmy nieraz powiedzieć „nie”. Nie dlatego, że nie chcieliśmy ich zaprosić do siebie, ale żeby pokazać Zosi granice, nauczyć ją zasad, które mogą uchronić ją przed niebezpieczeństwem - mówi Edyta, mama Zosi. I dodaje, że dla osób z zespołem Downa, bardzo ważne są zasady, powtarzalność, schematy, bo bez nich często czują niepewność a nawet zagrożenie.

- Im więcej nauczymy jej teraz, tym lepiej, lżej będzie się jej żyło w przyszłości, o tyle bardziej samodzielna będzie mogła być. Podobnie jest z naszymi wyprawami. Wiem, że nie pokażemy jej całego świata, ale chcemy jej pokazać tyle, ile zdołamy. Dlatego nie spoczywamy na laurach i planujemy już następne wyprawy. Najważniejsze to nie poddawać się. Latem, jeśli Bóg pozwoli, chcemy wyjść na Rysy od słowackiej strony - mówi Piotr.